♫Pearl Jam - Alive♫
- COŚ TY DO CHOLERY ZROBIŁA?!
Wręcz podskoczyłam w pozycji
leżącej na ten ryk.
- LISA! Do cholery, pojebało cię?! – Zaczął
mną gwałtownie potrząsać. – Dlaczego to zrobiłaś?!
- Uspokój się! – Wyrwałam się z jego uścisku.
– Przecież nic mi nie jest...
- Ale dlaczego, do jasnej cholery, próbowałaś
się zabić?! Te tabletki w kiblu mogą znaczyć tylko jedno!
Cholera jasna, nie spuściłam wody
w sedesie. Lisa, ty skończona kretynko! Westchnęłam.
- Przecież sam dobrze wiesz, jaka jestem
beznadziejna. Nadal nic nie osiągnęłam, studia są poza moim zasięgiem... –
Spuściłam wzrok na swoje posiniaczone kolana. – Do tego tylko ci zawadzam i nic
nie robię. Dziwię ci się, że jeszcze mnie nie wyrzuciłeś na zbity pysk...
- Pracujesz na swoje utrzymanie, jesteś
uczciwa. Wiem, że się starasz... Tylko, kurwa mać, nie rób tego nigdy więcej!
Wiesz, jakie miałbym problemy? – Cały Jeffrey. Najpierw na mnie wrzeszczał, a
potem mnie przytulał.
- Przepraszam, Jeff... To już się nie
powtórzy, naprawdę.
- Obiecujesz? Mam ci jakoś pomóc?...
- Nie trzeba. Już mi lepiej, zdecydowanie.
Czasem potrzebny jest taki... Wstrząs. Która godzina?
- Wpół do ósmej. Idziesz do pracy?
Spojrzałam na datę w telefonie.
- Tak, pójdę na dziesiątą.
- Chodź, zjemy jakąś kolację.
Jeff zawsze sprawiał, że czułam
się jak totalna idiotka, a do tego beznadziejna gówniara, chociaż nie miał
pojęcia o jakichkolwiek moich ekscesach. Nie dość, że był dobrym prawnikiem,
którego cenili sobie mniej zamożni brooklyńczycy, choć mógł bronić grubych ryb
z Manhattanu (tak, to wszystko trochę dziwne, zwłaszcza przy tym, iż pracował w
kancelarii w kompleksie World Trade Center), to miał tak wspaniały charakter,
że gdyby mi się w jakiś sposób podobał, natychmiast pragnęłabym go poślubić; w
końcu specjalnie dla mnie kupował rodzynki, które uwielbiałam wyżerać.
Zdumiewało mnie, iż wciąż nie miał kobiety (między nami, nieuchronnie zbliżała
mu się czterdziestka), a pokój w swoim mieszkaniu wynajmował „pseudo imigrantce
aspirującej na studentkę”, jaką byłam. W końcu posiadał duże oczy barwy oceanu,
dość jasną cerę, dłuższe blond włosy, czyli miał ciekawą, kalifornijską urodę.
Do tego był wysoki i barczysty oraz pachniał piżmem, które skutecznie maskowało
smród papierosów – która kobieta by go nie chciała? Niestety, nie lubił
rozmawiać o sprawach uczuciowych, to był jedyny temat tabu. Dyskutowaliśmy o
polityce, seksie, problemach społecznych, podróżach, muzyce, filmach, książkach,
gotowaniu – po prostu o wszystkim, z dala trzymając się od miłości. Nie
narzekałam jednak, bo sama czułabym się głupio podczas takich zwierzeń.
Kolacja była właściwie jedynym
posiłkiem, który jadaliśmy razem. W czasie lunchu Stradlin (nazywałam go tak
czasem, gdyż Izzy Stradlin, gitarzysta Guns N’ Roses naprawdę nazywał się
Jeffrey Isbell) był w pracy, a kiedy większość ludzi jadało śniadanie, ja
często odsypiałam noc. Zjedliśmy trochę przepysznego nowojorskiego sernika i
precli, bo nie chciało nam się wysilać, co nie powinno dziwić – Jeff przybył z
pracy, a ja napsułam mu krwi, sama byłam po tym zmęczona, chociaż bardziej
psychicznie.
Telewizję uważaliśmy za trochę
prostacką rozrywkę, więc po posiłku zwykle piliśmy więcej herbaty i
opowiadaliśmy sobie, co się działo w ciągu dnia. Prawnik zawsze miał mi wiele
do przekazania na temat ludzi, którym pomagał – sądziłam, iż właśnie dlatego wynajmował
mi pokój – oboje pragnęliśmy pomagać ludziom, on jako adwokat, ja jako
psycholog.
Przed dziewiątą pojechałam do
pracy, jako że dostanie się tam zajmowało niecałą godzinę (a pieszo niemal
cztery). Poszłam do Brighton Beach, przejechałam siedemnaście przystanków,
przeszłam do Canal Street, przejechałam dwa przystanki i z Bleecker Street
trafiłam na 315 Bovery. Tam znajdowało się miejsce, które znali wszyscy
wielbiciele punk rocka i nie tylko; mianowicie klub Country, BlueGrass and
Blues – CBGB. Tam zaczynali Ramones, Television, Misfits, Patti Smith... Tam
właśnie stałam za barem, zawsze podekscytowana, że moje martensy stukały po tej
samej posadzce, po której stąpali sami wielcy. A pracować w Rainbow w Los
Angeles chyba nie dałabym rady; tam siedział choćby sam Elvis i wszyscy
członkowie Guns N’ Roses (przed moim miejscem pracy zaś nawet mieli sesję
zdjęciową)!
- Lisa, jesteś! Padam z nóg –
westchnęła Claire, odkładając na bar pustą tacę i odrzucając z twarzy drobne
loczki.
- Niby czego? Dopiero dochodzi
dziesiąta, a w sumie duży ruch mamy tylko w czasie koncertów.
- Ty chyba większość czasu tylko
słuchasz muzyki i czytasz książki, co? – ponownie westchnęła, jakby oznajmiając
mi, iż nie miałam pojęcia o życiu, przez co się wkurzyłam.
- Gówno wiesz – burknęłam do
blondynki, która wydęła krwistoczerwone usta.
- To dlaczego nie podzielisz się
swoimi doświadczeniami? – jej ton nie był zaczepny, raczej ciekawy.
- Nie chcę o tym rozmawiać. –
Tak, miałabym jej opowiedzieć, że po południu próbowałam popełnić samobójstwo,
ale okazało się, że Bóg istniał i obchodziło go takie małe, rude coś jak ja. To
na pewno przełamałoby lody...
- Jak chcesz. – Obojętnie
wzruszyła ramionami i poszła po swoje rzeczy na zaplecze. Westchnęłam ciężko,
po czym również się tam udałam. Żałowałam czasem, iż byłam taką aspołeczną
mendą, bałam się zaufać ludziom. Moje życie nie stało się lepsze po znacznym
ograniczeniu możliwości dania ludziom sposobności zranienia mnie. Na szczęście
Nowy Jork był Nowym Jorkiem, a nie jakaś dziurą, gdzie trzeba było się
dopasować. Tam mogłaś być sobą, stać się kim tylko chciałaś. Seattle właściwie
mnie nie ograniczało, lecz wschodnia metropolia była moim marzeniem od
dzieciństwa, odkąd zobaczyłam w telewizji koncert The Rolling Stones na Madison
Square Garden. Postanowiłam wtedy, że będę siedziała w tej wielkiej hali i
obejrzę mnóstwo wspaniałych koncertów! A w dodatku później Nowy Jork okazał się
taki piękny...
Zatrzymałam myśli i powróciłam do
wcześniejszego wątku; często tak robiłam; trochę dziwne, prawda? Nevermind. W sumie byłam z siebie
cholernie dumna, że nie zostałam kolejną stałą bywalczynią nowojorskich
noclegowni, a jakoś sobie poradziłam. Na początku co prawda spałam wśród
bezdomnych, ale łaziłam po całym Manhattanie w poszukiwaniu pracy i współlokatorki.
Moje oszczędności nie były zbyt wielkie, gdyż kochałam koncerty; mieszkając w
Seattle mogłam się pochwalić wieloma obejrzanymi występami grunge’owych i punk
rockowych wykonawców. Rodzice szarpnęli się na bilet lotniczy na drugi kraniec
kraju, ale z funduszami na studia musiałam sobie poradzić sama. Nie było tak
trudno o pracę choćby w KFC czy Starbucksie, co wystarczało na utrzymanie. Nie
potrafiłam jednak zrezygnować z koncertów wielkich artystów, skoro były w
zasięgu mojej ręki, więc oszczędzanie nie szło mi najlepiej. Do tego nie
trafiałam na uczciwych współlokatorów – kilka razy coś mi zginęło, raz trafiłam
na takiego niechluja, że nie mogłam wytrzymać, a innym na alkoholika, więc
oczywiście też długo z nim nie mieszkałam. Na szczęście po dwóch latach
znalazłam ogłoszenie Jeffreya Osbourne’a – szczerze wątpiłam, czy dojrzały
adwokat mnie zaakceptuje, ale okazało się, iż mieliśmy wiele wspólnego.
Stwierdził, że szczerość emanowała z moich oczu i czuł zobowiązanie, by
zaopiekować się taką trochę zagubioną istotką, która pewnego dnia musiała stać
się kimś wielkim. Taa, tymczasem miałam prawie dwadzieścia cztery lata i wciąż
byłam nikim, choć moi rówieśnicy mogli pracować na stanowiskach... Brawa, Liso
Black-Brown, brawa!
Czasem czułam się naprawdę
okropnie, miałam ochotę płakać i rozpaczać nad swoim beznadziejnym losem. Może
nawet wróciłabym do Seattle, gdybym miała fundusze. Pewnie Jeff by mi pożyczył,
ale nie mogłabym tego zrobić, zresztą nie pozwalałam nikomu wiedzieć o moich
załamaniach. W ciszy, siedząc na dachu kamienicy, skryta pod młodymi gałęziami
pełnymi zielonych, pełnych życia liści, siedziałam skulona i łkałam, wyzywając
się od najgorszych oraz pytając Boga, czemu na to pozwolił? Co sobie, do
cholery, myślał, wyrzucając mnie na drugi koniec kraju i nie zamierzając
pozwolić zostać kimś, zamiast nikim?! Przecież chciałam być psychologiem, by
pomagać tym przeklętym ludziom, którzy w większości utopiliby mnie w łyżce
wody! Chciałam kogoś wyciągnąć z tarapatów, ocalić czyjeś życie, zapobiec
tragedii, pokazać inne opcje. Nie chciałam źle! Jednak wciąż nie rozumiałam, o
co chodziło w tym pieprzonym życiu i co należało zrobić, aby zażegnać marazm
oraz absencję. Cóż, skoro nie mogłam się zabić, postanowiłam czekać na jakiś
znak, chociaż parę miesięcy. Poza tym pod koniec roku miał zagrać u nas Joey
Ramone i z powodu jego poważnych problemów zdrowotnych to mogła być ostatnia
okazja, by go zobaczyć na żywo.
Tak czy siusiak, z natury byłam
nieśmiała, więc nie nawiązywałam łatwo kontaktów. Nie rozmawiałam z wieloma
osobami, w sumie nie lubiłam się odzywać. Chyba przypominałam momentami Kurta
Cobaina. Wolałam czytać książkę czy słuchać muzyki, niż chichotać z koleżaneczkami,
które gapiły się na chłopaków i odwracały wzrok (koniecznie chichocząc!), gdy
ich spojrzenia się spotykały. Kiedy byłam w szkole średniej rozpoczęła się era
grunge’u, dzięki czemu nie czułam się taka wyalienowana. Osobiście nie byłam
zła, że to stało się komercją, chociaż nie byłabym taka niedopasowana nawet
gdzieś w Europie (przynajmniej tak mi się zdawało, bo nigdy nie było wiadomo,
jak naprawdę było z tą dziczą na starym kontynencie). Na koncertach zapominałam
o wszystkim, nie przejmowałam się, co inni mogli sobie pomyśleć. Odpływałam w
muzykę, wyżywałam się w dzikim pogo... To stało się najlepszym lekarstwem.
Naprawdę byłam grunge’owym dzieckiem; nie dość, że gniewnym, aspołecznym, to z
Seattle, ubranym we flanelową koszulę i trampki. Miałam też glany, ale w końcu
rozwaliły mi się w moshu na AC/DC; tak w ogóle to było genialne, nie
zapomniałabym nigdy tej daty – piętnasty marca 1996, Madison Square Garden. Ale
wróćmy do relacji z ludźmi... Cóż, na koncertach było świetnie, ale jednak nie
umiałam porozumieć się z większością otaczających mnie osób. Mimo wszystko
czułam, iż nie byłam we właściwym miejscu. Bardzo pragnęłam trafić tam, gdzie
naprawdę należałam, a do tego chciałam pomagać tym, którzy czuli się jak ja –
dlatego postanowiłam studiować psychologię w Nowym Jorku. Częściej to o Los
Angeles mówiło się jako o miejscu spełniania marzeń, ale lata osiemdziesiąte
już minęły, więc po co miałabym rezydować w Kalifornii? Tak naprawdę poza
Sunset Strip nie było tam nic szczególnego (a jeśli sex, drugs and rock ‘n’ roll nie były twoimi klimatami, to zupełnie
dziękujemy), chyba że chciałaś rozpocząć karierę filmową. Co innego Nowy Jork –
właściwie, czego tam nie było! Miasto, które nigdy nie spało mogło zaoferować
ci w sumie wszystko, czego mogłaś chcieć. Tam nikt nie skreślał cię z góry,
uczciwie pracując naprawdę miałaś szansę na sukces. Trzeba było tylko baczyć na
używki i towarzystwo, zwłaszcza to zaopatrzone w broń palną...
Zostawiłam torbę oraz ramoneskę
na zapleczu i wdziałam na siebie koszulkę z logiem klubu, po czym stanęłam za
barem.
- Lisa, wszystko w porządku? – A
podobno trudniej zauważyć negatywne emocje. Tom, kierownik, wyglądał na
szczerze zainteresowanego moim stanem.
- Tak, po prostu jestem trochę
zmęczona. – Spojrzałam na chwilę w jego szare oczy, zdobiące całkiem przystojną
twarz, pokrytą jednodniowym zarostem.
- Ale Heinekena dasz radę podać?
– Wyszczerzył zęby. Dałam mu butelkę i by zająć czymś ręce zrobiłam mojito (był
to trochę pracochłonny drink, nawet z moją wprawą), które nieźle mi wychodziło.
Taa, pewnie będą chcieli Long Island albo Cuba Libre. Robiąc drinki sama
nabierałam ochoty na Rob Roya, Pina coladę albo chociaż whisky z colą.
- Mojito. – Usłyszałam o wpół do
drugiej.
Automatycznie drgnęłam i
chwyciłam kieliszek z koktajlem. Facet chciał mojito? Oni raczej zamawiali
czystą wódkę albo whisky. Klient, facet odrobinę ode mnie starszy, odziany w
czarną koszulę, z dłuższymi brązowymi włosami, uśmiechał się do mnie łagodnie.
- Podobno robi pani świetne
mojito.
- Nie mnie to oceniać.
- Cóż, patrząc na tak piękną
kobietę, nawet przepełniony wodą drink stałby dobry. – Pociągnął łyk ze słomki,
po czym zamknął oczy i wziął następny. – Tak samo świetny, gdy panią widzę i
gdy nie. Poproszę jeszcze raz.
Zabrałam się za robienie
kolejnego drinku, wzdychając oraz przygryzając wargi. Zapowiadało się to, co
zwykle. „Może powinnam odmówić?...” Cóż, nigdy nie postępowałam wbrew sobie, a
gość był całkiem przystojny. Miał nawet seksowny głos i spojrzenie. Ach, co mi
szkodziło. Jeszcze był czas go wybadać.
Już miał poprosić o trzecią
porcję, gdy zaprotestowałam.
- Lepiej powiedz wprost, o co ci
chodzi. Takie gierki doprowadzają mnie do szału.
Spojrzał na mnie nieco
zaskoczony.
- Przecież chyba ci nie powiem,
że chciałbym robić z tobą drinki? – bąknął.
Uśmiechnęłam się lekko
kokieteryjnie.
- Chcesz spróbować mojego Long
Island?
- Bardzo chętnie...
O drugiej, gdy zamykaliśmy klub,
po kryjomu wyszłam zaraz z tym facetem. Zamówił taksówkę, w której delikatnie
sprawdziłam, czy miał odpowiednie warunki; nie zawsze ufałam zasadzie długości
kciuka. Skoro już się pakowałam w coś takiego, to chyba miałam prawo osiągnąć
jakieś spełnienie.
- Poczekaj, zaraz dojedziemy, na
miejscu twoje Long Island i, mam nadzieję, te delikatne dłonie sprawią, że
będziesz miała czym się bawić – szepnął mi do ucha uwodzicielsko. OK.
Poprowadził mnie do mieszkania na
trzecim piętrze jakiejś kamienicy. Już w progu zsunął ze mnie kurtkę i zaczął trochę
natarczywie całować. Chyba jednak to miała być jedna z przyjemniejszych nocy.
Oparłam się o ścianę, zaczynając rozpinać jego koszulę. Zdjął ze mnie bluzkę i
rozebrani do pasa weszliśmy do niedużej, przejrzystej kuchni. Wyjął wódkę, rum
i mrożoną herbatę.
- Cóż, nie będzie to prawdziwe
Long Island, ale brak tequili oraz ginu chyba nam nie przeszkodzi. – Zaczęłam
przygotowywać drink, a jego duże, ciepłe dłonie przesuwały się po moich bokach,
raz czy dwa ścisnęły pośladki, gładziły piersi przez materiał stanika. Język
wędrował po moim karku i obojczykach, co zaczynało wywoływać u mnie dreszcze.
Nerwowo zamieszałam napój i spróbowałam. Mmm, dobry. Mężczyzna odwrócił
delikatnie moją głowę oraz skosztował alkoholu z moich warg. Właśnie tak
powstały pocałunki – by mężowie mogli sprawdzić, czy ich żony piły wino.
Rozchyliłam wargi i musnęłam go językiem. Pogłębił pocałunek; nasze narządy
smaku zaczęły się łaskotać oraz gładzić. Poczułam powoli wzrastające
podniecenie i odsunęłam się lekko. Tak, gość był naprawdę przystojny.
Niebieskie oczy, wyraźne rysy twarzy, włosy nieco opadające na twarz... Do tego
te usta, silne ramiona, ciepłe dłonie... Moje były zawsze lodowate.
Ledwo zauważyłam, że zsuwał ze
mnie jeansy. Położył moje ciało na stole i polał je alkoholem od biustu po wzgórek
łonowy. No, przyjemna zabawa. Zaczął dokładnie zlizywać ciecz z mojej skóry, ja
w międzyczasie zdjęłam stanik, więc powrócił do piersi, nim zszedł na sam dół.
Masował je niezbyt mocno, w przeciwieństwie do większości facetów, którzy
sprawiali mi ból swym dotykiem. Językiem muskał brodawki, ssał sutki.
Przyjemnie, całkiem przyjemnie, choć nie na tyle, bym się wiła z rozkoszy. W
końcu zsunął ze mnie dolną bieliznę i zajął kobiecością. Tak, był dobry, lecz
nadal czegoś brakowało, jak zawsze zresztą. Owinęłam go nogami w pasie i
przenieśliśmy się do sypialni. Położył mnie na łóżku, po czym powoli
spenetrował. Nie miał specjalnie dużych rozmiarów, ani też nie przywodził mi na
myśl parówki, jednak lokował się nieco powyżej średniej. Ścisnęłam go lekko w
sobie i poprosiłam o przyspieszenie, przez co było znacznie lepiej. Dobrze, że
nie dyszał mi do ucha. Poruszał się niezdecydowanie, to ciut szybciej, to
wolniej, bez wyraźnego rytmu. Cóż, chyba trochę go przeceniłam, ale w sumie
miał dobre chęci i nie był najgorszy... W końcu cicho udało mi się osiągnąć
spełnienie, kiedy wypuścił z siebie nasienie w gumę. Mój orgazm nie trwał
dłużej niż jego, szkoda...
- Słodka jesteś, kotku, a drinki
robisz najlepsze... – wymruczał, cmokając mnie w usta i zaraz zasnął.
**
Tak o wstawię, może ktoś przeczyta... Jakby ktoś chciał poczytać coś innego mojego autorstwa, to zapraszam tu. ^^