sobota, 1 września 2012

I Oh, and do I deserve to be?


Pearl Jam - Alive
 - COŚ TY DO CHOLERY ZROBIŁA?!
Wręcz podskoczyłam w pozycji leżącej na ten ryk.
 - LISA! Do cholery, pojebało cię?! – Zaczął mną gwałtownie potrząsać. – Dlaczego to zrobiłaś?!
 - Uspokój się! – Wyrwałam się z jego uścisku. – Przecież nic mi nie jest...
 - Ale dlaczego, do jasnej cholery, próbowałaś się zabić?! Te tabletki w kiblu mogą znaczyć tylko jedno!
Cholera jasna, nie spuściłam wody w sedesie. Lisa, ty skończona kretynko! Westchnęłam.
 - Przecież sam dobrze wiesz, jaka jestem beznadziejna. Nadal nic nie osiągnęłam, studia są poza moim zasięgiem... – Spuściłam wzrok na swoje posiniaczone kolana. – Do tego tylko ci zawadzam i nic nie robię. Dziwię ci się, że jeszcze mnie nie wyrzuciłeś na zbity pysk...
 - Pracujesz na swoje utrzymanie, jesteś uczciwa. Wiem, że się starasz... Tylko, kurwa mać, nie rób tego nigdy więcej! Wiesz, jakie miałbym problemy? – Cały Jeffrey. Najpierw na mnie wrzeszczał, a potem mnie przytulał.
 - Przepraszam, Jeff... To już się nie powtórzy, naprawdę.
 - Obiecujesz? Mam ci jakoś pomóc?...
 - Nie trzeba. Już mi lepiej, zdecydowanie. Czasem potrzebny jest taki... Wstrząs. Która godzina?
 - Wpół do ósmej. Idziesz do pracy?
Spojrzałam na datę w telefonie.
 - Tak, pójdę na dziesiątą.
 - Chodź, zjemy jakąś kolację.
Jeff zawsze sprawiał, że czułam się jak totalna idiotka, a do tego beznadziejna gówniara, chociaż nie miał pojęcia o jakichkolwiek moich ekscesach. Nie dość, że był dobrym prawnikiem, którego cenili sobie mniej zamożni brooklyńczycy, choć mógł bronić grubych ryb z Manhattanu (tak, to wszystko trochę dziwne, zwłaszcza przy tym, iż pracował w kancelarii w kompleksie World Trade Center), to miał tak wspaniały charakter, że gdyby mi się w jakiś sposób podobał, natychmiast pragnęłabym go poślubić; w końcu specjalnie dla mnie kupował rodzynki, które uwielbiałam wyżerać. Zdumiewało mnie, iż wciąż nie miał kobiety (między nami, nieuchronnie zbliżała mu się czterdziestka), a pokój w swoim mieszkaniu wynajmował „pseudo imigrantce aspirującej na studentkę”, jaką byłam. W końcu posiadał duże oczy barwy oceanu, dość jasną cerę, dłuższe blond włosy, czyli miał ciekawą, kalifornijską urodę. Do tego był wysoki i barczysty oraz pachniał piżmem, które skutecznie maskowało smród papierosów – która kobieta by go nie chciała? Niestety, nie lubił rozmawiać o sprawach uczuciowych, to był jedyny temat tabu. Dyskutowaliśmy o polityce, seksie, problemach społecznych, podróżach, muzyce, filmach, książkach, gotowaniu – po prostu o wszystkim, z dala trzymając się od miłości. Nie narzekałam jednak, bo sama czułabym się głupio podczas takich zwierzeń.
Kolacja była właściwie jedynym posiłkiem, który jadaliśmy razem. W czasie lunchu Stradlin (nazywałam go tak czasem, gdyż Izzy Stradlin, gitarzysta Guns N’ Roses naprawdę nazywał się Jeffrey Isbell) był w pracy, a kiedy większość ludzi jadało śniadanie, ja często odsypiałam noc. Zjedliśmy trochę przepysznego nowojorskiego sernika i precli, bo nie chciało nam się wysilać, co nie powinno dziwić – Jeff przybył z pracy, a ja napsułam mu krwi, sama byłam po tym zmęczona, chociaż bardziej psychicznie.
Telewizję uważaliśmy za trochę prostacką rozrywkę, więc po posiłku zwykle piliśmy więcej herbaty i opowiadaliśmy sobie, co się działo w ciągu dnia. Prawnik zawsze miał mi wiele do przekazania na temat ludzi, którym pomagał – sądziłam, iż właśnie dlatego wynajmował mi pokój – oboje pragnęliśmy pomagać ludziom, on jako adwokat, ja jako psycholog.
Przed dziewiątą pojechałam do pracy, jako że dostanie się tam zajmowało niecałą godzinę (a pieszo niemal cztery). Poszłam do Brighton Beach, przejechałam siedemnaście przystanków, przeszłam do Canal Street, przejechałam dwa przystanki i z Bleecker Street trafiłam na 315 Bovery. Tam znajdowało się miejsce, które znali wszyscy wielbiciele punk rocka i nie tylko; mianowicie klub Country, BlueGrass and Blues – CBGB. Tam zaczynali Ramones, Television, Misfits, Patti Smith... Tam właśnie stałam za barem, zawsze podekscytowana, że moje martensy stukały po tej samej posadzce, po której stąpali sami wielcy. A pracować w Rainbow w Los Angeles chyba nie dałabym rady; tam siedział choćby sam Elvis i wszyscy członkowie Guns N’ Roses (przed moim miejscem pracy zaś nawet mieli sesję zdjęciową)!
- Lisa, jesteś! Padam z nóg – westchnęła Claire, odkładając na bar pustą tacę i odrzucając z twarzy drobne loczki.
- Niby czego? Dopiero dochodzi dziesiąta, a w sumie duży ruch mamy tylko w czasie koncertów.
- Ty chyba większość czasu tylko słuchasz muzyki i czytasz książki, co? – ponownie westchnęła, jakby oznajmiając mi, iż nie miałam pojęcia o życiu, przez co się wkurzyłam.
- Gówno wiesz – burknęłam do blondynki, która wydęła krwistoczerwone usta.
- To dlaczego nie podzielisz się swoimi doświadczeniami? – jej ton nie był zaczepny, raczej ciekawy.
- Nie chcę o tym rozmawiać. – Tak, miałabym jej opowiedzieć, że po południu próbowałam popełnić samobójstwo, ale okazało się, że Bóg istniał i obchodziło go takie małe, rude coś jak ja. To na pewno przełamałoby lody...
- Jak chcesz. – Obojętnie wzruszyła ramionami i poszła po swoje rzeczy na zaplecze. Westchnęłam ciężko, po czym również się tam udałam. Żałowałam czasem, iż byłam taką aspołeczną mendą, bałam się zaufać ludziom. Moje życie nie stało się lepsze po znacznym ograniczeniu możliwości dania ludziom sposobności zranienia mnie. Na szczęście Nowy Jork był Nowym Jorkiem, a nie jakaś dziurą, gdzie trzeba było się dopasować. Tam mogłaś być sobą, stać się kim tylko chciałaś. Seattle właściwie mnie nie ograniczało, lecz wschodnia metropolia była moim marzeniem od dzieciństwa, odkąd zobaczyłam w telewizji koncert The Rolling Stones na Madison Square Garden. Postanowiłam wtedy, że będę siedziała w tej wielkiej hali i obejrzę mnóstwo wspaniałych koncertów! A w dodatku później Nowy Jork okazał się taki piękny...
Zatrzymałam myśli i powróciłam do wcześniejszego wątku; często tak robiłam; trochę dziwne, prawda? Nevermind. W sumie byłam z siebie cholernie dumna, że nie zostałam kolejną stałą bywalczynią nowojorskich noclegowni, a jakoś sobie poradziłam. Na początku co prawda spałam wśród bezdomnych, ale łaziłam po całym Manhattanie w poszukiwaniu pracy i współlokatorki. Moje oszczędności nie były zbyt wielkie, gdyż kochałam koncerty; mieszkając w Seattle mogłam się pochwalić wieloma obejrzanymi występami grunge’owych i punk rockowych wykonawców. Rodzice szarpnęli się na bilet lotniczy na drugi kraniec kraju, ale z funduszami na studia musiałam sobie poradzić sama. Nie było tak trudno o pracę choćby w KFC czy Starbucksie, co wystarczało na utrzymanie. Nie potrafiłam jednak zrezygnować z koncertów wielkich artystów, skoro były w zasięgu mojej ręki, więc oszczędzanie nie szło mi najlepiej. Do tego nie trafiałam na uczciwych współlokatorów – kilka razy coś mi zginęło, raz trafiłam na takiego niechluja, że nie mogłam wytrzymać, a innym na alkoholika, więc oczywiście też długo z nim nie mieszkałam. Na szczęście po dwóch latach znalazłam ogłoszenie Jeffreya Osbourne’a – szczerze wątpiłam, czy dojrzały adwokat mnie zaakceptuje, ale okazało się, iż mieliśmy wiele wspólnego. Stwierdził, że szczerość emanowała z moich oczu i czuł zobowiązanie, by zaopiekować się taką trochę zagubioną istotką, która pewnego dnia musiała stać się kimś wielkim. Taa, tymczasem miałam prawie dwadzieścia cztery lata i wciąż byłam nikim, choć moi rówieśnicy mogli pracować na stanowiskach... Brawa, Liso Black-Brown, brawa!
Czasem czułam się naprawdę okropnie, miałam ochotę płakać i rozpaczać nad swoim beznadziejnym losem. Może nawet wróciłabym do Seattle, gdybym miała fundusze. Pewnie Jeff by mi pożyczył, ale nie mogłabym tego zrobić, zresztą nie pozwalałam nikomu wiedzieć o moich załamaniach. W ciszy, siedząc na dachu kamienicy, skryta pod młodymi gałęziami pełnymi zielonych, pełnych życia liści, siedziałam skulona i łkałam, wyzywając się od najgorszych oraz pytając Boga, czemu na to pozwolił? Co sobie, do cholery, myślał, wyrzucając mnie na drugi koniec kraju i nie zamierzając pozwolić zostać kimś, zamiast nikim?! Przecież chciałam być psychologiem, by pomagać tym przeklętym ludziom, którzy w większości utopiliby mnie w łyżce wody! Chciałam kogoś wyciągnąć z tarapatów, ocalić czyjeś życie, zapobiec tragedii, pokazać inne opcje. Nie chciałam źle! Jednak wciąż nie rozumiałam, o co chodziło w tym pieprzonym życiu i co należało zrobić, aby zażegnać marazm oraz absencję. Cóż, skoro nie mogłam się zabić, postanowiłam czekać na jakiś znak, chociaż parę miesięcy. Poza tym pod koniec roku miał zagrać u nas Joey Ramone i z powodu jego poważnych problemów zdrowotnych to mogła być ostatnia okazja, by go zobaczyć na żywo.
Tak czy siusiak, z natury byłam nieśmiała, więc nie nawiązywałam łatwo kontaktów. Nie rozmawiałam z wieloma osobami, w sumie nie lubiłam się odzywać. Chyba przypominałam momentami Kurta Cobaina. Wolałam czytać książkę czy słuchać muzyki, niż chichotać z koleżaneczkami, które gapiły się na chłopaków i odwracały wzrok (koniecznie chichocząc!), gdy ich spojrzenia się spotykały. Kiedy byłam w szkole średniej rozpoczęła się era grunge’u, dzięki czemu nie czułam się taka wyalienowana. Osobiście nie byłam zła, że to stało się komercją, chociaż nie byłabym taka niedopasowana nawet gdzieś w Europie (przynajmniej tak mi się zdawało, bo nigdy nie było wiadomo, jak naprawdę było z tą dziczą na starym kontynencie). Na koncertach zapominałam o wszystkim, nie przejmowałam się, co inni mogli sobie pomyśleć. Odpływałam w muzykę, wyżywałam się w dzikim pogo... To stało się najlepszym lekarstwem. Naprawdę byłam grunge’owym dzieckiem; nie dość, że gniewnym, aspołecznym, to z Seattle, ubranym we flanelową koszulę i trampki. Miałam też glany, ale w końcu rozwaliły mi się w moshu na AC/DC; tak w ogóle to było genialne, nie zapomniałabym nigdy tej daty – piętnasty marca 1996, Madison Square Garden. Ale wróćmy do relacji z ludźmi... Cóż, na koncertach było świetnie, ale jednak nie umiałam porozumieć się z większością otaczających mnie osób. Mimo wszystko czułam, iż nie byłam we właściwym miejscu. Bardzo pragnęłam trafić tam, gdzie naprawdę należałam, a do tego chciałam pomagać tym, którzy czuli się jak ja – dlatego postanowiłam studiować psychologię w Nowym Jorku. Częściej to o Los Angeles mówiło się jako o miejscu spełniania marzeń, ale lata osiemdziesiąte już minęły, więc po co miałabym rezydować w Kalifornii? Tak naprawdę poza Sunset Strip nie było tam nic szczególnego (a jeśli sex, drugs and rock ‘n’ roll nie były twoimi klimatami, to zupełnie dziękujemy), chyba że chciałaś rozpocząć karierę filmową. Co innego Nowy Jork – właściwie, czego tam nie było! Miasto, które nigdy nie spało mogło zaoferować ci w sumie wszystko, czego mogłaś chcieć. Tam nikt nie skreślał cię z góry, uczciwie pracując naprawdę miałaś szansę na sukces. Trzeba było tylko baczyć na używki i towarzystwo, zwłaszcza to zaopatrzone w broń palną...
Zostawiłam torbę oraz ramoneskę na zapleczu i wdziałam na siebie koszulkę z logiem klubu, po czym stanęłam za barem.
- Lisa, wszystko w porządku? – A podobno trudniej zauważyć negatywne emocje. Tom, kierownik, wyglądał na szczerze zainteresowanego moim stanem.
- Tak, po prostu jestem trochę zmęczona. – Spojrzałam na chwilę w jego szare oczy, zdobiące całkiem przystojną twarz, pokrytą jednodniowym zarostem.
- Ale Heinekena dasz radę podać? – Wyszczerzył zęby. Dałam mu butelkę i by zająć czymś ręce zrobiłam mojito (był to trochę pracochłonny drink, nawet z moją wprawą), które nieźle mi wychodziło. Taa, pewnie będą chcieli Long Island albo Cuba Libre. Robiąc drinki sama nabierałam ochoty na Rob Roya, Pina coladę albo chociaż whisky z colą.
- Mojito. – Usłyszałam o wpół do drugiej.
Automatycznie drgnęłam i chwyciłam kieliszek z koktajlem. Facet chciał mojito? Oni raczej zamawiali czystą wódkę albo whisky. Klient, facet odrobinę ode mnie starszy, odziany w czarną koszulę, z dłuższymi brązowymi włosami, uśmiechał się do mnie łagodnie.
- Podobno robi pani świetne mojito.
- Nie mnie to oceniać.
- Cóż, patrząc na tak piękną kobietę, nawet przepełniony wodą drink stałby dobry. – Pociągnął łyk ze słomki, po czym zamknął oczy i wziął następny. – Tak samo świetny, gdy panią widzę i gdy nie. Poproszę jeszcze raz.
Zabrałam się za robienie kolejnego drinku, wzdychając oraz przygryzając wargi. Zapowiadało się to, co zwykle. „Może powinnam odmówić?...” Cóż, nigdy nie postępowałam wbrew sobie, a gość był całkiem przystojny. Miał nawet seksowny głos i spojrzenie. Ach, co mi szkodziło. Jeszcze był czas go wybadać.
Już miał poprosić o trzecią porcję, gdy zaprotestowałam.
- Lepiej powiedz wprost, o co ci chodzi. Takie gierki doprowadzają mnie do szału.
Spojrzał na mnie nieco zaskoczony.
- Przecież chyba ci nie powiem, że chciałbym robić z tobą drinki? – bąknął.
Uśmiechnęłam się lekko kokieteryjnie.
- Chcesz spróbować mojego Long Island?
- Bardzo chętnie...
O drugiej, gdy zamykaliśmy klub, po kryjomu wyszłam zaraz z tym facetem. Zamówił taksówkę, w której delikatnie sprawdziłam, czy miał odpowiednie warunki; nie zawsze ufałam zasadzie długości kciuka. Skoro już się pakowałam w coś takiego, to chyba miałam prawo osiągnąć jakieś spełnienie.
- Poczekaj, zaraz dojedziemy, na miejscu twoje Long Island i, mam nadzieję, te delikatne dłonie sprawią, że będziesz miała czym się bawić – szepnął mi do ucha uwodzicielsko. OK.
Poprowadził mnie do mieszkania na trzecim piętrze jakiejś kamienicy. Już w progu zsunął ze mnie kurtkę i zaczął trochę natarczywie całować. Chyba jednak to miała być jedna z przyjemniejszych nocy. Oparłam się o ścianę, zaczynając rozpinać jego koszulę. Zdjął ze mnie bluzkę i rozebrani do pasa weszliśmy do niedużej, przejrzystej kuchni. Wyjął wódkę, rum i mrożoną herbatę.
- Cóż, nie będzie to prawdziwe Long Island, ale brak tequili oraz ginu chyba nam nie przeszkodzi. – Zaczęłam przygotowywać drink, a jego duże, ciepłe dłonie przesuwały się po moich bokach, raz czy dwa ścisnęły pośladki, gładziły piersi przez materiał stanika. Język wędrował po moim karku i obojczykach, co zaczynało wywoływać u mnie dreszcze. Nerwowo zamieszałam napój i spróbowałam. Mmm, dobry. Mężczyzna odwrócił delikatnie moją głowę oraz skosztował alkoholu z moich warg. Właśnie tak powstały pocałunki – by mężowie mogli sprawdzić, czy ich żony piły wino. Rozchyliłam wargi i musnęłam go językiem. Pogłębił pocałunek; nasze narządy smaku zaczęły się łaskotać oraz gładzić. Poczułam powoli wzrastające podniecenie i odsunęłam się lekko. Tak, gość był naprawdę przystojny. Niebieskie oczy, wyraźne rysy twarzy, włosy nieco opadające na twarz... Do tego te usta, silne ramiona, ciepłe dłonie... Moje były zawsze lodowate.
Ledwo zauważyłam, że zsuwał ze mnie jeansy. Położył moje ciało na stole i polał je alkoholem od biustu po wzgórek łonowy. No, przyjemna zabawa. Zaczął dokładnie zlizywać ciecz z mojej skóry, ja w międzyczasie zdjęłam stanik, więc powrócił do piersi, nim zszedł na sam dół. Masował je niezbyt mocno, w przeciwieństwie do większości facetów, którzy sprawiali mi ból swym dotykiem. Językiem muskał brodawki, ssał sutki. Przyjemnie, całkiem przyjemnie, choć nie na tyle, bym się wiła z rozkoszy. W końcu zsunął ze mnie dolną bieliznę i zajął kobiecością. Tak, był dobry, lecz nadal czegoś brakowało, jak zawsze zresztą. Owinęłam go nogami w pasie i przenieśliśmy się do sypialni. Położył mnie na łóżku, po czym powoli spenetrował. Nie miał specjalnie dużych rozmiarów, ani też nie przywodził mi na myśl parówki, jednak lokował się nieco powyżej średniej. Ścisnęłam go lekko w sobie i poprosiłam o przyspieszenie, przez co było znacznie lepiej. Dobrze, że nie dyszał mi do ucha. Poruszał się niezdecydowanie, to ciut szybciej, to wolniej, bez wyraźnego rytmu. Cóż, chyba trochę go przeceniłam, ale w sumie miał dobre chęci i nie był najgorszy... W końcu cicho udało mi się osiągnąć spełnienie, kiedy wypuścił z siebie nasienie w gumę. Mój orgazm nie trwał dłużej niż jego, szkoda...
- Słodka jesteś, kotku, a drinki robisz najlepsze... – wymruczał, cmokając mnie w usta i zaraz zasnął.


**
Tak o wstawię, może ktoś przeczyta... Jakby ktoś chciał poczytać coś innego mojego autorstwa, to zapraszam tu. ^^

piątek, 18 maja 2012

Prolog: There's a paradise beneath me

♫30 Seconds to Mars – Buddha for Mary
Otworzyłam zaklejone piaskiem oczy. Otaczała mnie wszechobecna, bolesna jasność. Czułam się spokojna i lekka. Nie czułam się tak źle, jak przez ostatni długi czas; nie towarzyszyły mi zupełnie żadne negatywne emocje. Naprawdę nigdy nie pamiętałam takiego stanu.
 - Nareszcie! Tak jest! Hurra! - Radośnie poderwałam się i klasnęłam w ręce, po czym zaczęłam biec przed siebie. W końcu mi się udało! Po kilku próbach na przestrzeni lat, po dwóch cholernie długich miesiącach pełnych pogrążającej absencji! Tak się cieszyłam, że wreszcie opuściłam ziemskie piekło. Nareszcie otrzymałam błogosławieństwo. Nigdzie nie mogło być gorzej...
Nagle ktoś złapał mnie za ramię; takich atrakcji się tam nie spodziewałam. Odwróciłam głowę lekko przestraszona. Mężczyzna miał tak nieszczęśliwą minę, że po dłuższej chwili patrzenia na niego z pewnością sama miałam świeczki w oczach.
 - Jak mogłaś? Jak mogłaś to zrobić? - Jego głos wyrażał jeszcze większy ból.
 - O czym mówisz?
 - Dlaczego się zabiłaś?! Przecież wiesz, że tak nie można!
Łzy napłynęły mi do oczu. Cholera, lekkość ducha totalny szlag trafił.
 - Ta pustka mnie zbytnio przytłoczyła! Trwała zbyt długo! Przestałam już wierzyć, że będzie lepiej! Myślałam, iż po przeprowadzce stanę się szczęśliwa, ale bardzo się przeliczyłam! Nie mogłabym czekać kolejnych pięć lat!
 - Nie wiesz, jak blisko było już twoje szczęście, naprawdę... A ty pomyślałaś tylko o sobie. Nie obchodził cię jego los. Jak sądzisz, jak poczułby się, gdyby mógł wiedzieć, że jego szczęście się zabiło?
 - Daj mu inne - poprosiłam cicho po chwili milczenia.
 - Tak się nie da - odparł, kładąc mi ręce na ramionach; czułam to, co on - ból, tęsknotę, żal... Zapragnęłam wyć z powodu utraty tego, czego nigdy nie miałam... Dlatego, że nie mogłam już tego otrzymać. Przez własną głupotę i słabość. Mój Boże... Dlaczego Cię nie ma? Dlaczego mi na to pozwoliłeś?
 - Przecież odrzuciłaś Boga, stwierdziłaś, że go nie potrzebujesz. - Mężczyzna odpowiedział na moje myśli.
 - Podobno On kocha nawet grzeszników i jedna zabłąkana owieczka jest dla niego ważniejsza od całego stada tych zawsze dobrych - burknęłam na swoją obronę.
 - Masz rację. Dlatego Bóg oferuje ci drugą szansę.
 - Czyli że mogę wrócić? - spytałam cicho, z nadzieją.
 - Jeżeli chcesz, On ci na to pozwoli. Ale proszę cię... Wykorzystaj tę szansę jak najlepiej. Naprawdę! Tak bardzo chciałbym, aby wszystko się udało...
 - Dobrze. Postaram się - odparłam, by nie miał już tak zrozpaczonej twarzy; naprawdę przykro mi było na nią patrzeć.
 - W takim razie... Do zobaczenia, skarbie - szepnął mi do ucha i kiedy delikatnie musnął wargami mój policzek, poczułam, że wracam.
Zaczęłam się naprawdę mocno krztusić. Na oślep zsunęłam się z łóżka, po czym doczłapałam się do toalety, by zwrócić garść tabletek. Klęczałam tak przed otwartym sedesem dobrych kilka minut, zaczynając trząść się od płaczu. Gdy już się nieco uspokoiłam, przemyłam twarz zimną wodą i weszłam pod prysznic.
 - Dobrze - powiedziałam powoli. - Dobrze. Skoro mogę... Obiecuję się postarać, jeżeli warto.
_______________________________________________
Dziękuję Patrycji i Mazurowi za ćpanie na WF-ie, gdy pisałam streszczenie ^^. "On jest aktorem i ćpa." "To go szybko z teatru wywalą..." "Nie brałaś dziś tabaki? To jak ty funkcjonujesz?" <3